W drodze do Acapulco – miasta, które nigdy nie śpi
Mariusz Lipski Kolejny dzień przywitał nas deszczowo i taka aura towarzyszyła nam przez cały dzień w drodze do Acapulco. Wykorzystując niewielkie przejaśnienia, udało nam się po drodze obejrzeć dwa przepiękne miasta. Pierwsze z nich to jedno z najstarszych meksykańskich miast Cuernavaca – nazwane przez niemieckiego podróżnika Alexandra von Humboldta miastem wiecznej wiosny. Od zawsze przyciągało ono wszystkich, którzy pragnęli zamieszkać w otoczeniu pełnym kwiatów. Swoje świątynie piramidy budowali tu już azteccy cesarze. Cortés, przybywszy tu na czele Hiszpanów, spalił miasto, a następnie wybudował pałac fortecę, który stał się jego letnią rezydencją. Również w czasach kolonialnych miasto przyciągało bogatą i wpływową elitę ze stolicy. Dziś w rezydencjach mieszczą się liczne galerie, muzea i restauracje, a miasto wciąż zachwyca swym urokiem, przez co stało się ekskluzywną miejscowością wypoczynkową Meksyku. Spacerując spokojnymi, ukwieconymi ulicami z kolorowymi domkami, można się rozkoszować niezwykłym mikroklimatem, który miasto zawdzięcza swemu położeniu. Jest bowiem usytuowane w słonecznej kotlinie, na wysokości ponad 1500 metrów n.p.m., a średnia roczna temperatura wynosi tu około 20o C.
Spacer w strugach deszczu kolorowymi, pełnymi kwiatów uliczkami Cuernavaci, miasta wiecznej wiosny, w którym jednak nie ma naszych krokusów i przebiśniegów. Jeden z mieszkańców Cuernavaci, kiedy zobaczył nas spacerujących w strugach deszczu i dowiedział się, skąd przyjechaliśmy, zaczął bardzo przepraszać za złą pogodę. Stwierdził, że u nich naprawdę jest zawsze wiosna, a dzisiejsza aura to tylko wybryk natury. I choć nie dane nam było się delektować kawą w cieniu pomarańczowych drzew, to oczywiście mu uwierzyliśmy. Czas przejazdu do kolejnego miasta wykorzystaliśmy głównie na osuszenie się. Po drodze mijaliśmy ułożone w warstwy i mieniące się wszystkimi kolorami stosy kwiatów, głównie róż. Ich ogromne ilości sprzedaje się tu co krok na przydrożnych stoiskach, podobnie jak u nas grzyby. Zachwycają też bajeczne widoki gór Sierra Madre.
Taxco decyzją rządu zostało uznane za zabytek narodowy, a stylową kolonialną architekturę objęto pieczołowitą opieką. Deszcz nie przestał padać, a my dotarliśmy tymczasem do Taxco. To zawieszone na zboczach gór miasto jest stolicą meksykańskiego srebra. Na jego wydobyciu opiera się cała historia miasta, które powstało w miejscu istnienia niegdyś licznych kopalń, których sztolnie można zwiedzać do dziś. Wszystko, co najlepsze, Taxco zawdzięcza Francuzowi Don Josemu de la Borda. Życie w miasteczku toczyło się bardzo powoli aż do czasu, gdy przez przypadek odkrył tu on prawdziwą żyłę srebra. Wprowadził innowacyjne technologie jego wydobywania i obróbki. Od tej chwili miasto zaczęło się dynamicznie rozwijać. Dziś złoża są już wyczerpane, ale pozostały niezliczone warsztaty i sklepy jubilerskie, które prześcigają się w ręcznej obróbce tego kruszcu. Miasto słynie też z bardzo gęstej zabudowy, plątaniny wąskich, brukowanych uliczek i malowniczych domów o charakterystycznej kolonialnej architekturze. Prawie wszystkie kamienice mają białe ściany i czerwone dachówki. Za każdym niemal zakrętem zapiera dech wspaniały widok na okolicę. Wszystkie wąskie i strome uliczki Taxco prowadzą do głównego placu Zócalo, przy którym wznosi się przepiękny kościół Santa Prisca. Ufundował go miastu wspominany już Jose de la Borda, ale budowa świątyni była tak kosztowna, że doprowadziła go na skraj bankructwa. W swoim życiu Borda, który był uznawany za jednego z najbogatszych ludzi Meksyku, kilkakrotnie zbijał fortunę i ją tracił. Do dziś przetrwało jego słynne powiedzenie: „Bóg daje Bordzie, Borda daje Bogu”.
Zbudowany z różowego kamienia, kościół Santa Prisca jest uważany za prawdziwy skarb neohiszpańskiej architektury barokowej.
Z kamieni zburzonej piramidy Cortés zbudował pałac imponujący wielkością i przypominający średniowieczny zamek. Po kilku dniach intensywnego zwiedzania dotarłem do Acapulco, które znałem tylko z opowiadań i ze słynnej piosenki. To najstarszy z nadmorskich kurortów Meksyku i jedno z najbardziej znanych miejsc turystycznych na ziemi, zwane też Perłą Pacyfiku. Przez cały rok temperatura w dzień oscyluje w granicach 30º C. Acapulco w języku prekolumbijskich mieszkańców nahuatl oznacza „miejsce, w którym stały trzciny”. Dziś trzcin już nie ma, a ich miejsce zajęły plaże i luksusowe hotele ciągnące się wzdłuż zatoki Acapulco. Uroku dodają miastu otaczające je malownicze góry Sierra Madre del Sur, których zbocza porasta dzika, tropikalna roślinność. W skale wydrążono prawie czterokilometrowy tunel, którym można wjechać do miasta lub wydostać się w głąb kraju. Po zachodzie słońca, kiedy turyści zakończą już słodkie wylegiwanie się na złocistych plażach, czekają już na nich niezliczone bary i dyskoteki zachęcające do dalszej zabawy. Acapulco tętni życiem całą dobę i pobyt tu nie szybko może się znudzić.
Acapulco zostało ponownie odkryte w latach 30. XX w. i wciąż się rozwija. My po południu udaliśmy się do portu w starej części miasta, skąd statkiem wycieczkowym popłynęliśmy wzdłuż brzegu zatoki, by zobaczyć Acapulco od strony Oceanu Spokojnego, a przede wszystkim wspaniały zachód słońca. Na dwóch pokładach dość wygodnego statku można spokojnie podziwiać przepiękne widoki. To fascynujące połączenie gór z oceanem robi niesamowite wrażenie. Nie przypadkiem Acapulco, podobnie jak Rio de Janeiro i San Francisco, jest uznawane za jedno z najpiękniej położonych miast na świecie. Co i rusz mijamy luksusowe posiadłości sławnych i bogatych tego świata, którzy chlubią się posiadaniem w Acapulco okazałych rezydencji. Spragnionym załoga statku cały czas serwuje drinki, a i potańczyć jest gdzie. Nasyceni pejzażami, wśród promieni zachodzącego słońca kończymy bardzo sympatyczny rejs i powracamy do przystani, by po krótkim odpoczynku obejrzeć kolejną atrakcję Acapulco. W tym celu wieczorem udaliśmy się na wzgórze La Quebrada. To tu odbywają się słynne na całym świecie, mrożące krew w żyłach skoki do wody. Clavadistas (ludzie gwoździe) – to kilkunastoletni chłopcy, którzy wspinają się po skale na wysokość ok. 40 m, by po krótkiej medytacji przy kapliczce Matki Boskiej, rzucić się w fale wąskiej rozpadliny między skałami. Jest to bardzo trudny wyczyn wymagający niezwykłej umiejętności, dlatego też każdy wykonany skok jest nagradzany rzęsistymi brawami licznie zgromadzonych turystów. Żal było opuszczać przepiękne Acapulco i komfortowe warunki do beztroskiego wylegiwania się na plaży. Jednak perspektywa odwiedzenia kolejnych atrakcji dodawała zapału do dalszej podróży po Meksyku.
Już z hotelowego tarasu rozpościera się przepiękny widok na łuk Zatoki Acapulco.
Wielkość i siła oceanicznych fal jest tu tak duża, że bez trudu wywracają one stojącego w ich zasięgu człowieka.
Czasami tylko ułamki sekund decydują o tym, czy skoczek trafi w nadchodzącą falę, czy uderzy o wystające skały.
|














